Po trzeciej części łatwo było się zastanawiać, czy John Wick ma jeszcze czym zaskoczyć. „John Wick 4” odpowiada na to pytanie widowiskiem większym, dłuższym i bardziej stylowym, ale niepozbawionym wad. Sprawdzam, czy rozmach, choreografia walk i nowe postacie wystarczają, by uznać film za najlepszą odsłonę serii, oraz dla kogo prawie trzygodzinny seans może okazać się przesadą.
Największe atuty filmu to akcja, styl i Donnie Yen
- Ocena ogólna to bardzo mocne 8,5/10.
- Akcja jest bardziej pomysłowa i widowiskowa niż wcześniej.
- Fabuła pozostaje prosta, ale dobrze napędza kolejne pojedynki.
- Donnie Yen jako Caine kradnie część scen Keanu Reevesowi.
- Czas trwania wynosi około 169 minut, więc film wymaga cierpliwości.
- Największa wada to powtarzalność i chwilami przesadzona odporność bohaterów.

John Wick 4 nadal wie, po co istnieje
John Wick nigdy nie był serią, która budowała swoją siłę na skomplikowanej intrydze. Jej fundamentem są rytuały podziemnego świata, eleganckie stroje, lakoniczne dialogi i brutalne starcia układane z precyzją choreografii tanecznej. Czwarta część doskonale rozumie tę zasadę i rozwija ją do granic rozsądku.
John chce odzyskać wolność spod władzy Wielkiej Rady. Aby tego dokonać, musi zmierzyć się z marquisem de Gramontem, który wykorzystuje cały system przeciwko byłemu zabójcy. Fabuła jest pretekstem do podróży przez kolejne miasta i pojedynki, ale tym razem stawka emocjonalna działa lepiej niż w poprzednich częściach.
Podoba mi się, że film nie próbuje nagle zrobić z Wicka bohatera, który wygłasza długie monologi o swoim wnętrzu. Jego zmęczenie widać przede wszystkim w sposobie poruszania się, w przerwach między walkami i w spojrzeniach. Keanu Reeves gra oszczędnie, lecz właśnie ta powściągliwość pasuje do postaci człowieka, który od dawna funkcjonuje bardziej jak legenda niż zwykły człowiek.
Fabuła jest prosta, ale stawka ma większy ciężar
Najważniejszy konflikt opiera się na bardzo czytelnej zasadzie. Wick nie chce już tylko przetrwać kolejnego polowania. Chce wyrwać się z układu, który od lat zmusza go do zabijania, a jego przeciwnicy zrobią wszystko, by przypomnieć mu, że w tym świecie nie istnieje prawdziwa emerytura.
Film korzysta z motywu pojedynku honorowego, przez co część wydarzeń ma niemal baśniowy charakter. Zamiast realistycznej mafijnej opowieści dostajemy świat rządzony przez kodeksy, monety, pieczęcie i ceremonialne spotkania. Ta umowność jest zaletą, dopóki widz akceptuje, że logika świata Johna Wicka przypomina mitologię, a nie kryminał.
Nie wszystko działa równie dobrze. Marquis de Gramont ma odpowiednią prezencję i władzę, ale jako czarny charakter wypada mniej interesująco niż sam system, którym kieruje. Jest przede wszystkim reprezentantem bezosobowej instytucji. To pozwala utrzymać prostotę konfliktu, lecz odbiera mu część emocjonalnej siły.
Nie zdradzając zakończenia, mogę powiedzieć, że twórcy potraktowali drogę Wicka poważniej niż zwykłą serię kolejnych eliminacji. Pojawiają się pytania o cenę wolności, honor i możliwość zamknięcia pewnego rozdziału. Film nie analizuje ich głęboko, ale dzięki nim finał nie jest wyłącznie formalnością.
Najlepsze sceny akcji podnoszą poprzeczkę
To właśnie akcja jest powodem, dla którego czwarta część działa tak mocno. Chad Stahelski buduje sekwencje z wyraźnym rytmem, przestrzenią i pomysłem na sposób walki. Każda większa scena ma własny charakter, zamiast wyglądać jak przypadkowe połączenie strzelaniny i montażowych cięć.
Największe wrażenie robią starcie przy Łuku Triumfalnym, walka przedstawiona z perspektywy przypominającej grę komputerową oraz finałowa sekwencja na schodach. Ta ostatnia scena jest celowo przesadzona, ale właśnie dzięki temu zapada w pamięć. Wick spada, podnosi się i wraca do walki tyle razy, że realizm dawno przestaje mieć znaczenie.
Dużo dobrego robi także praca kamery. W wielu filmach akcji montaż ukrywa braki choreografii, tutaj kamera często pozwala obserwować całe ruchy aktorów. Widać, gdzie znajduje się przeciwnik, z jakiej strony nadchodzi cios i jak bohater wykorzystuje otoczenie.
Nie oznacza to, że każda scena jest równie świeża. Po pewnym czasie powtarza się schemat, w którym Wick zostaje otoczony przez grupę przeciwników, eliminuje ich, pada na ziemię i po chwili znów rusza naprzód. W drugiej połowie filmu zmęczenie zaczyna dotyczyć również widza, choć pojedyncze pomysły nadal potrafią zachwycić.
Keanu Reeves dostaje mocne wsparcie od obsady
Keanu Reeves pozostaje centrum filmu, ale tym razem nie musi samodzielnie dźwigać całego widowiska. Największym odkryciem jest dla mnie Caine grany przez Donniego Yena. Aktor wnosi do serii nie tylko świetne umiejętności walki, lecz także humor, energię i wyrazistą osobowość.
Caine jest niewidomy, ale film nie traktuje tego wyłącznie jako efektownego gadżetu. Jego sposób poruszania się i walki ma własną logikę, a Donnie Yen nadaje postaci lekkość, której czasami brakuje głównemu bohaterowi. To najbardziej charyzmatyczna nowa postać serii i bez niej czwarta część byłaby znacznie bardziej jednowymiarowa.
Dobrze wypada także Tracker grany przez Shamiera Andersona, któremu towarzyszy pies. Ten duet wprowadza do filmu odrobinę nieprzewidywalności i komizmu. Z kolei Bill Skarsgård jako Marquis de Gramont sprawdza się przede wszystkim wizualnie. Jego elegancja, maniery i chłód pasują do świata Wielkiej Rady, nawet jeśli sama postać mogłaby być ciekawsza.
Na drugim planie nie zawodzą Laurence Fishburne, Ian McShane i Hiroyuki Sanada. Ich bohaterowie przypominają, że seria ma własną historię i rozbudowaną mitologię. Jednocześnie nie wszystkie wątki dostają wystarczająco dużo czasu, dlatego część postaci pozostaje bardziej obietnicą niż pełnoprawnym elementem opowieści.
Rozmach ma cenę i nie każdy ją zaakceptuje
Największym problemem filmu jest długość. Prawie trzy godziny mogą być świetnym doświadczeniem, gdy na ekranie pojawia się kolejna pomysłowa sekwencja, ale znacznie trudniej utrzymać napięcie podczas rozmów o zasadach, tytułach i hierarchii. John Wick 4 nie jest filmem do szybkiego obejrzenia po ciężkim dniu.
Drugie ograniczenie wynika z samej konstrukcji serii. Bohaterowie są tak odporni, że obrażenia przestają budować napięcie. Wick może zostać postrzelony, pobity, spaść ze schodów i nadal stawić się na kolejnym pojedynku. Dla jednych będzie to część uroku, dla innych sygnał, że film przekroczył granicę komiksowej przesady.
W porównaniu z pierwszą częścią czwarta odsłona jest mniej kameralna i mniej skupiona na osobistej zemście. Zyskuje za to rozmach, większy świat i bardziej widowiskowe starcia. Ja odbieram ją jako najlepszy wybór dla widza, który oczekuje od tej marki przede wszystkim stylowej, bezkompromisowej akcji.
| Element | Ocena | Co to oznacza dla widza |
|---|---|---|
| Akcja | 9,5/10 | Pomysłowa choreografia, czytelna kamera i kilka pamiętnych sekwencji. |
| Fabuła | 7/10 | Prosta, lecz wystarczająca, by nadać walkom emocjonalny kierunek. |
| Obsada | 8,5/10 | Donnie Yen wyraźnie wzmacnia film i równoważy oszczędną grę Reevesa. |
| Tempo | 7,5/10 | Imponujące sceny przeplatają się z fragmentami, które mogłyby być krótsze. |
| Styl wizualny | 9/10 | Neony, eleganckie wnętrza i kompozycja kadrów budują własny język serii. |
Film najlepiej sprawdzi się u osób, które znają wcześniejsze części i lubią kino akcji świadomie przerysowane. Jeśli oczekujesz realistycznej historii gangsterskiej, możesz uznać go za zbyt absurdalny. Jeśli jednak traktujesz serię jak brutalną operę z bronią, samochodami i pojedynkami honorowymi, dostaniesz dokładnie to, na co czekasz.
John Wick 4 działa najmocniej jako pożegnanie z legendą
Moja ocena wynika przede wszystkim z konsekwencji twórców. John Wick 4 nie próbuje zmienić się w inny film, tylko doprowadza własny styl do imponującej granicy. To widowisko stworzone dla dużego ekranu, gdzie światło, dźwięk i ruch mają równie duże znaczenie jak dialogi.
Nie jest to część idealna. Ma za dużo minut, chwilami powtarza te same rozwiązania i wymaga od widza bardzo dużej tolerancji dla filmowej umowności. Mimo tego trudno odmówić jej rozmachu, rzemiosła i kilku scenom, które już teraz należą do najbardziej pamiętnych momentów współczesnego kina akcji.
Jeżeli poprzednie odsłony były dla Ciebie efektowną serią o niezniszczalnym zabójcy, tutaj dostajesz jej najbardziej dopracowaną i najbardziej przesadzoną wersję. Dla mnie to mocne, satysfakcjonujące widowisko, które najlepiej oglądać bez oczekiwania realizmu, za to z gotowością na prawie trzy godziny czystej filmowej adrenaliny.
